Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Stanisław Bojarczuk, barbarzyńca w ogrodzie

Autor wpisu: Poezja
Data publikacji: 12.02.2013
Okres historyczny: III Rzeczpospolita po 1989 r.

25 stycznia w Stalowej Woli, „mieście komiksów” odbyło się spotkanie z Andrzejem Stasiukiem i Mariuszem Kargulem poświęcone fenomenowi poezji Stanisława Bojarczuka (1869-1956) poety-samouka, namiętnego czytelnika literatury pięknej i książek popularnonaukowych. Dziwak, szaleniec boży, „analfabetablis”, samorodny talent poetycki – każde z tych określeń oddaje cząstkę osobowości „Petrarki z Krasnegostawu”.

 

Inspiracją dla tego wydarzenia była publikacja wywiadu Stasiuka i Kargula w Tygodniku Powszechnym

Wywiad oczywiście poświęcony był Bojarczukowi. Organizatorzy stalowowolskiego spotkania postanowili odpowiedzieć na zawarty tam apel Andrzeja Stasiuka „Trzeba coś zrobić, żeby ludzie zaczęli go czytać”. Tak Bojarczuk spod krasnostawskiej strzechy trafił do Miejskiego Domu Kultury w Stalowej Woli. Mariusz Kargul, prozaik, poeta i regionalista razem z fascynacją poezją „chłopskiego Petrarki” przywiózł ze sobą także wystawę „Krasnystaw Stanisława Bojarczuka. Genius loci kresowego partykularza" oraz tomik „Linie liryki” - zbiór około 300 sonetów Bojarczuka z obszernym krytycznym komentarzem dr Józefa Zięby z UMCS.

 

Dla Stanisława Bojarczuka nie ma miejsca w tradycyjnej historii literatury. Syn pańszczyźnianego chłopa, żyjący na granicy ubóstwa, dzieląc jedną izbę z siedmioosobową rodziną, czytał i tworzył sonety. Nad łóżkiem nie zawiesił obrazka Matki Boskiej, ale wycięty z kartonu portret Bolesława Prusa. Andrzej Stasiuk, który stał się ambasadorem Bojarczukowego talentu, słusznie twierdzi, iż szkoła zapewne zabiłaby w poecie świeżość spojrzenia na otaczającą rzeczywistość, wyrugowałaby naturalność, żywy i naturalny panteizm, skłonność do zaskakujących metafor.

Trzeba oddać jednak sprawiedliwość jego wiejskim nauczycielom. Przez dwie zimy chodził do „szkoły elementarnej”. Choć był wyróżniającym się uczniem, na tym kończy się jego oficjalne wykształcenie. Został jednak otoczony szczególną opieką jednej z ówczesnych „siłaczek”, miejscowej nauczycielki, pani Bronisławy, która pomagała mu, podsuwała lektury, zapewne wiele wyjaśniała.

Później Bojarczuk podjął się trudu samokształcenia. Czytał z pasją i ogromnym zacięciem. Na cztery lata przed śmiercią (mając ponad osiemdziesiąt lat) przeczytał 100 książek – taka ilość widnieje w jego karcie bibliotecznej. Znał przy tym rosyjski, esperanto i trochę łaciny. Bojarczuk był całkowicie wolny od utartych sformułowań, klasycznych periodyzacji, szkół poetyckich. Żył na granicy dwóch kultur i dwóch języków: wiejskiej gwary i języka literackiego, wsi i miasta, natury i cywilizacji, prostactwa i mądrości. Na ich styku narodziła się jego oryginalna „sonetomania”. Bojarczuk to poeta o wykształceniu przypadkowym, acz zachłannym i intensywnym. Kształcił się jak tego pragnął dla siebie Gombrowicz w Dzienniku – czytać wszystko bez względu na epoki i tradycje literackie.

W zakresie języka i leksyki nie był nowatorem, nie interesował się awangardą poetycką. Jak sam o sobie pisał był dziecięciem i wychowankiem „Wielkiego Wieku Dziewiętnastego”. Ogromnie cenił twórczość Mickiewicza (podobno recytował go z pamięci!), ale to dopiero spotkanie z sonetami młodopolskimi, szczególnie Przerwy-Tetmajera dało mu pomysł na wyrażenie siebie. Tak w wieku 55 lat, kiedy poeci zazwyczaj są co najmniej ćwierć wieku po debiucie, zaczął pisać sonety. Za życia doczekał się kilku publikacji swoich wierszy (za sprawą Józefa Nikodema Kłosowskiego). Dopiero pośmiertnie ukazał się jego jedyny tomik poetycki, „Blaski i dźwięki”. Kolejna publikacja to dopiero „Linie liryki” wybór sonetów z 2008 roku.

Poeta nie tylko „wchłaniał” literaturę, ale twórczo ją przekształcał. Był czytelnikiem naiwnym, ale pojętnym i autoironicznym. Śladem jego pasji czytania były sonety, w których jest wiele odniesień do mitologii greckiej, rzymskiej, literatury, historii, sztuki, muzyki, architektury… Skala zainteresowań tego artysty była ogromna.

Tomik „Linie liryki” został podzielony zgodnie z sugestiami poety na pięć części: „Arkadia”, „Wesele”, „Eros”, „Olimp”, „Kontemplacje”. Zakres tematów poruszanych przez Bojarczuka jest niewiarygodny od A jak astronomia do Z jak zoologia. Jego sonety rozpoczynają się od opiewania uroków „wsi spokojnej” z jej sielankowo-sennym pejzażem. Wieś to Arkadia, gdzie pośród rodzimych osik i topól hasają mitologiczne stwory. Kolejne cykle sonetów są dowodem nieustannej więzi z naturą, z ożywioną duchem przyrodą. Czuć w nich dogłębną afirmację życia, sensualne i autentyczne doznawanie świata.

Także miłość w sonetach jest „bliżej krwiobiegu”. Obok literackich zwrotów do Laury, pojawia się sporo zmysłowych opisów doświadczania kobiecej cielesności. Obficie przy tym czerpie z literatury i kultury. „Olimp” to bojarczukowy Parnas, panteon jego „bóstw” takich jak Dante, Petrarka, Mickiewicz, Beethoven, Chopin, Paganini, Wit Stwosz, Leonardo da Vinci, Canova. „Kontemplacje” to zbiór refleksji i przemyśleń na temat ludzkiego losu, liryczne traktaty o nieskończoności, o czytaniu „Kosmosu przeogromnej księgi”, o doświadczaniu transcendencji pośród krasnostawskich łąk. Piewca „Arkadii wielgodolskiej” nie był poetą ludowym sensu stricto. Pisał o sobie w sonecie „Do Tuskulanum” (A) – „Sabaryta w drewniakach, jam Cycere, Tacyt, rozparty w stercie słomy, jak w loży w teatrze”.

Z kolei w autotematycznym „Świcie” odważnie pisał: „Jam mocarny, demonom swą moc przeciwstawię”. Sonet włoski nadawał się najbardziej do wyrażenia jego fascynacji światem: dwie strofy opisowe, narracyjne z zaskakującymi niekiedy, filozoficznymi, metafizycznymi puentami. By pomieścić bogactwo swych doświadczeń, wymyślił oryginalny układ dwóch sonetów. Nazwał je „syriuszkami” od podwójnej gwiazdy Syriusza. Był klasykiem, łącząc w sobie harmonijnie chłopską pracowitość i mężność z nabożną czcią, jaką miał dla muz.

Bojarczuk nie należał do żadnego z pokoleń poetów ludowych. Nie był wiejskim wierszokletą, ale też nie był „pieśniarzem chłopskiego plemienia” jak poeci z pokolenia Tadeusza Nowaka. Ludowość jako temat pojawiała się w jego sonetach sporadycznie – np. w cyklu wierszy poświęconych poszczególnym częściom weselnych obrzędów na wsi. Nie opisywał wsi z jej absurdalno-groteskowym żywiołem doświadczania świata, z jej brudem, znojnym życiem i nieokrzesaniem jak w „Pióropuszu” Mariana Pilota (choć „giętkość” języka obu artystów mogłaby służyć za tertium comparationis).

Trudno nazwać Bojarczuka „poetą ludowym”. W przypadku jego poetyckiego kunsztu określenie to jest pejoratywne, deprecjonuje jego, jak na poetę niewykształconego i naturszczyka, ogromne oczytanie i swobodne poruszanie się w świecie kultury śródziemnomorskiej. Myślę, że był po prostu niekwestionowanym artystą, poetą bez dookreślających go epitetów. Typowe dla poezji ludowej środki poetyckiego wyrazu jak aliteracje, proste rymy, paralelizmy były obce jego poetyce. Tadeusz Kłak właśnie słowotwórczą pasję tego poety oceniał bardzo wysoko. Bojarczuk wybrał zresztą jedną z najtrudniejszych form poetyckich. Sonet to rodzaj sprawdzianu poetyckich umiejętności. Bojarczuk zdał go z wyróżnieniem.

Trzeba przy tym pamiętać kim był: żył i mieszkał na wsi, w ubogiej chacie, z dala od stymulującego środowiska inteligenckiego, w warunkach niesprzyjających poezji. Wyróżniał się na tle wiejskiej socjety. Choć nie był traktowany z ostracyzmem (zapraszano go na uroczystości, spotkania, utrzymywał dobre kontakty z okoliczną inteligencją, przez jakiś czas pełnił funkcję radnego), z dużą dozą ignorancji traktowano jego poetyckie zapędy. Na starość, kiedy już mógł uwolnić się od prac gospodarskich, chadzał pasać krowy z książką i deszczułką przymocowaną do kija, żeby móc na bieżąco utrwalać swoje wrażenia. Dopiero wtedy zaczęła się jego prawdziwa twórczość poetycka, wcześniej zapewne nie miał na to czasu.

Dlaczego pisał? Tego zapewne nie wiedział ani on sam, ani jego rodzina. „Chłop z pra-pra chłopa”, jak siebie nazywał, poprzez poezję pragnął przekroczyć własną śmiertelność. Tak brzmiało jego poetyckie non omnis moriar zawarte w „Autonekrologu”: „Świadom poczucia, że się jest śmiertelnym, powziął, bądź, co bądź, stać się nieśmiertelnym, więc ideałem sztukotwórczym płonął”.

Poezja Bojarczuka była porównywana do twórczości Leśmiana z racji języka poetyckiego, głównie oryginalnych neologizmów, do poezji Przerwy-Tetmajera ze względu na młodopolską poetykę i skupienie na budowaniu nastroju. Ale to nie koniec porównań. Nie mając pojęcia o poezji Wordswortha, zupełnie jak autor Preludium wielbił twory niepojętej i tajemniczej Natury. Można by także dodać, że trochę jak Bruno Schulz z krasnostawskiego partykularza uczynił centrum własnej poetyckiej mitologii. Podobnie jak Schulz, Bojarczuk niewiele podróżował. Najprawdopodobniej był jeden raz w Warszawie, to była jego najdalsza wycieczka. Kilka razy był w Krasnymstawie na spotkaniu z Józefem Czechowiczem.

Książki z lokalnej biblioteki były jego oknem na świat. Mocą własnej nieokiełznanej, żywiołowej i obfitej wyobraźni sprawił, że po polskiej wiosce ze słomą, błotem, gnojem i ubóstwem zaczęły przechadzać się mityczne bóstwa, nimfy, driady, a wejścia do wiejskiego ogródka broniła Scylla i Charybda. Koncept i wyobraźnia poetycka to jego niekwestionowane atrybuty, choć ta maniera pisania niekiedy może także nużyć. Niektóre wiersze są trudne w trakcie lektury (głównie ze względu na neologizmy, spieszczenia, archaizmy, onomatopeje). Bojarczuk pomimo swej „wyrywkowej erudycji” nie zatracił swego rodzaju naiwności i czystości spojrzenia na świat. To świat prawdziwej mitologii, gdzie każdy byt jest ożywiony.

Żaden z badaczy czy artystów, którzy o nim pisali (Stanisław Piętak, Ryszard Matuszewski, Tadeusz Kłak, ostatnio Jacek Dehnel, Andrzej Stasiuk, Mariusz Kargul) nie kwestionowali jego poetyckiej „mocarności”. On sam z dystansem i dużą świadomością pisał o swoich niedostatkach: „Ja, ponieważ zdołałem się wznieść do wysokości podlotu skowronka, zdobywam się tylko na lilipucie obrazki dwusoneciane” (S. Bojarczuk, „Nowe odwiedziny”, rękopis). Poezja tego „chłopskiego Petrarki” wyrastała z głębokiego doświadczenia rzeczywistości, intuicyjnej filozofii panteistycznej i namiętnej lektury książek obowiązkowych i nadobowiązkowych. Sięgała znacznie dalej, daleko poza krasnostawskie pola, docierając do źródeł kultury europejskiej.

Spotkanie z poezją Bojarczuka prowokuje do jakże ważnego w XXI wieku pytania o naszą polską tożsamość. „Chłopski Petrarka” choć obcował z kulturą starożytnych, z literaturą piękną, nigdy nie zatracił kontaktu z własną ziemią, z jej wręcz telluryczną siłą. Nigdy nie zrezygnował z własnej, chłopskiej tożsamości. Andrzej Stasiuk podkreślał, że właśnie na tym polega fenomen jego poetyckiej twórczości:

„To jest bardzo ważna postać w sensie takiej opowieści o kulturze polskiej. Jako fenomen polskości, chłopskości i takiej narracji o tym, czym jest nasza ojczyzna. Ze swoimi tęsknotami, ze swoimi nieudolnościami. Kim jest Bojarczuk? Typowym Polakiem, który wyrasta z kultury bardzo niekulturalnej, chłopskiej, bardzo marginalnej, kultury niepiśmiennej, powiedzmy. Jednocześnie tym swoim szalonym huzarskim temperamentem próbuje się wedrzeć na absolutne wyżyny liryki - podbija sonet. Chyba najtrudniejszą, tak naprawdę, formę literacką, na świecie, w literaturze Zachodu. [...] On dokonuje cudów, żeby się zmieścić w tej metryce. I żeby nie wypaść jednak z roli tego chłopa, któremu słoma z butów wychodzi. A jednocześnie się tego nie wstydzi, bo nie udaje, że jest kimś innym. I dla mnie to jest fascynujące w tej postaci. To usiłowanie, to przekroczenie własnego losu. Przekroczenie losu chłopskości, przekroczenie losu polskości. I diabli wiedzą jaki jest ten efekt literacki. On jest fascynujący w sensie takiej zabawy formą".

Podróż do krasnostawskiego partykularza, za sprawą nieokiełznanej wyobraźni, pomysłowych metafor i zaskakującego synkretyzmu języka i kultur, przywiodła niejednego czytelnika Bojarczukowych „syriuszek” do centrum kultury śródziemnomorskiej. I przez polskie peryferia, peryferia uklasycznione, może wieść droga na literacki Parnas.


Magdalena Bąk – komparatystka, doktorantka Wydziału Polonistyki UJ, w MDK w Stalowej Woli prowadzi cykl spotkań literackich Literatour.


 

Źródło: własne

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,2 (głosów: 1275)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Galeria

Stanisław Bojarczuk, barbarzyńca w ogrodzie

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter