Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Poeta, syn lekarza

Autor wpisu: Marta Konarzewska
Data publikacji: 03.03.2011

Ojciec znanego poety, Antoniego Słonimskiego był lekarzem. Ignacy Baliński w swoich pamiętnikach wspomina nawet, że gdy wyszła drukiem Lalka Bolesława Prusa, w postaci doktora Szumana „poznano popularnego w Warszawie doktora Słonimskiego”.

„Ojciec wzywany był do najrozmaitszych wypadków (...) biegał po mroźnych ulicach, drapał się na poddasza i schodził do suteren warszawskich” – wspomina skamandryta.
 
Oczywiście – nie tylko do suteren. Leczył także zamożnych i średnio zamożnych.
 
Zapewne wiele opowiadał, komentował, bywał w wielu różnych mieszkaniach. Nic dziwnego, że Słonimski zapamiętał miasto swojego dzieciństwa – Warszawę – także przez pryzmat spostrzeżeń higienicznych, które notuje z godną pisarza spostrzegawczością.
 
„Mieszkania pacjentów, które ojciec odwiedzał, świadczyły często o osobliwej hierarchii i kolejności potrzeb ówczesnych mieszkańców stolicy. Jedzenie stało na pierwszym miejscu, następne miejsce na liście potrzeb zajmowało ubranie, mieszkanie zaś mogło być i było przeważnie brudne i pozbawione wszelkich wygód. (...) w owych czasach nikt prawie nie miał wanny. Chodziło się kąpać do »Fajensa« albo »Pod Mesalkę«”. Tak skamandryta podsumowuje ówczesny styl życia.
 
Jako przykład szczególnie zabawny opisuje pewne snobistyczne przyjęcie wydane przez innego poetę (którego nazwiska nie podaje). Zdradza tylko, że działo się to w mieszkaniu na Przyrynku.
 
Pijąc wina francuskie i brylując między lokajami w białych rękawiczkach, goście nie mogli jednak skorzystać z toalety. Dlaczego? Bo jej zwyczajnie w tym eleganckim mieszkaniu nie było.
 
„Goście musieli biegać w razie potrzeby do klozetu na podwórze, zaopatrzywszy się przedtem w klucz, który był u stróża”.
 
Dziś nas to zapewne dziwi. Tymczasem Słonimski odsłania kolejne niezwykłości.
 
Donosi na przykład, że w bardzo zamożnych mieszkaniach mieszczańskich największy, najbardziej słoneczny pokój stał pusty, jako nietykalny odświętny salon. Stało tam pianino, niezwykła ozdoba, na przykład palma, i meble stale osłonięte pokrowcami. Rodzina zaś gnieździła się w ciemnych klitkach od strony podwórza.
 
Te klitki nie dość, że ciemne, były także duszne. Kolejne spostrzeżenie Słonimskiego demaskuje warszawską niechęć (w obawie przed cugiem) do wietrzenia i co się z tym wiąże, zamiłowanie do spędzania czasu w swojskim smrodku.
 
„Ojciec mój zwalczał jak mógł ten warszawski zwyczaj nieotwierania okien. Opowiadał nam o pacjencie, któremu przepisał dobre powietrze. Zagroził, że jeżeli leżeć będzie w takim smrodzie i zaduchu, przestanie go odwiedzać. Groźba poskutkowała. Gdy ojciec przyszedł nazajutrz, okno było jak przedtem zamknięte, unosił się za to w pokoju przenikliwy zapach wody leśnej.
– No, jak teraz pachnie, panie doktorze? – zapytał pacjent.
– Pachnie jak łajno w lesie – odpowiedział ojciec”.
 
I co mamy myśleć o obyczajach dawnej stolicy? Poeta może nieco zmyślać, taki fach, ale potomek lekarza?

Źródło:

A. Słonimski, Wspomnienia warszawskie, Warszawa 1957.

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,3 (głosów: 1076)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Powiązane lokalizacje

Powiązane tagi

Galeria

Poeta, syn lekarza

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter