Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Wasze wpisy

Nadnarwiański świat rzeźby Włodzimierza Naumiuka

Autor wpisu: ewa_zwierzyńska
Data publikacji: 03.06.2011

Pana Włodzimierza Naumiuka zastaję pracującego w pasiece. Zaprasza mnie do swojej pracowni. Siadamy wśród rzeźb, które stoją dookoła – na półkach, podłodze – wiszą na ścianach. Postaci starych dziadków, rybaków, pastuszków, matek z dziećmi na rękach, aniołów. W nogach kładzie się piesek artysty i razem ze mną zaczyna słuchać opowieści.

Pan Włodzimierz urodził się w 1935 roku i przez całe życie mieszkał tu – w Kaniukach, maleńkiej wiosce położonej na brzegu Narwi. Wcześnie został sierotą: ojciec zginął w czasie wojny, matka umarła dwa lata później. Wychowywali go babcia i stryjek. Pan Włodzimierz dobrze pamięta stare czasy. Tu, w Kaniukach było kiedyś zupełnie inaczej. Wszyscy mężczyźni z dziada pradziada byli flisakami. Przez Kaniuki przechodziły transporty drewna z Puszczy Białowieskiej. Oczywiście drogą wodną, bo TIR-ów ani kolei nie było.

Za czasów królewskich polowań spławiano również beczki wyładowane upolowaną dziczyzną. Dziadek pana Włodzimierza, który był flisakiem, opowiadał, że kiedyś jego z kolei dziad odnalazł taką beczkę, która utknęła gdzieś po drodze. Zawierała już tylko kości królewskiej zwierzyny. Oprócz flisactwa wszyscy mężczyźni zajmowali się rybołówstwem. Dawna nazwa wsi brzmiała właśnie Rybołowy. Ryb było zatrzęsienie. Łowiono sieciami, koszami, ościeniami. To właśnie ryby stanowiły główny pokarm w chudych latach wojny i powojennej biedy.

Przez otwarte drzwi rozciąga się piękny widok na dolinę Narwi. Pracownia, w której siedzimy, to stary dom dziadka artysty. Zbudowany w 1906 roku jest najstarszym domem w okolicy. Tutaj, w sieni, pan Włodzimierz przyszedł na świat, na tej belce była zawieszona jego kołyska. W izbie obok po powrocie z bieżeństwa po pierwszej wojnie światowej mieszkało 12 rodzin. Wszystkie domy oprócz tego zostały spalone, więc spełniał on funkcję przejściowego domu pomocy społecznej. Oczywiście w izbie spały tylko kobiety z dziećmi, mężczyźni spali na zewnątrz – w stodole lub na stogach w polu. Mimo iż w kuchni rządziło 12 gospodyń, kłótnie właściwie się nie zdarzały. Wszyscy w trudnych czasach starali się żyć zgodnie i pomagać sobie nawzajem. Zresztą, kiedyś tak liczne rodziny to była norma. Jedną chatę zamieszkiwało kilka pokoleń, w izbie spało zazwyczaj kilkanaście osób. Dom, w którym mieszkały tylko dwie osoby, uważano za dziwny, a gospodarzy – za odludków.

– Tutaj zawsze było pełno ludzi – opowiada pan Włodzimierz. – W tym kącie stały żarna, cała wieś przychodziła mleć zboże na mąkę. Często zaglądali też flisacy, kiedy było zimno lub niepogoda przychodzili znad rzeki ogrzać się lub przenocować. Na podłodze była rozesłana słoma, na której spali. Jeśli pozdejmowali swoje onuce i powiesili je przy ciepłym piecu chlebowym, aby wyschły, to taki zaduch się po domu rozchodził, że wytrzymać się nie dało. A gdy jeszcze napalili samosiejki w swoich fajkach, to tak siwo w izbie się robiło, że siekierę można było powiesić – śmieje się pan Włodzimierz. – To wszystko stoi mi przed oczami, obrazy są jak żywe, dlatego nie mam problemu, żeby to wyrzeźbić czy namalować. Wystarczy tylko dobrze rozejrzeć się dookoła, zapamiętać wyraz twarzy, pochyloną sylwetkę. Nikt mnie nie uczył rzeźbienia, to wszystko mam w sercu, wystarczy sobie przypomnieć i samo życie przynosi pomysły.

Pan Włodzimierz rzeźbi od dziecka. Już jako pastuszek pilnujący krów brał do ręki patyki i strugał ptaki lub zwierzęta. Często z Narwi wyławiał korzenie wymodelowane przez wodę. Dostrzegał w nich zarysy postaci, twarze.

– Najdoskonalszym rzeźbiarzem jest sama Natura – twierdzi. – Artysta jest tylko człowiekiem, który potrafi dostrzec to, co Ona zaklęła w drewnie, i wydobyć to na powierzchnię. Proszę spojrzeć na tamtą rzeźbę. – Pokazuje ręką w kierunku czarnego pokręconego korzenia, w którym dostrzegam postać człowieka z szeroko rozłożonymi ramionami. Przypomina Chrystusa rozpiętego na krzyżu. – To korzeń dębowy wyciągnięty z Narwi. Nic z nim nie robiłem, to rzeka wyrzeźbiła taki kształt.

Mimo zamiłowania do drewna i rzeźby marzył, by zostać kowalem.

– Tu po sąsiedzku u mnie był kowal – snuje swą opowieść – Mitrofan, wspaniały człowiek. Żył biednie, ale był kowalem znanym na całą okolicę. Jego kuźnia stała tu niedaleko, nad rzeką. Często tam zachodziłem jako dziecko. Lubił mnie, często ze mną rozmawiał. Jeszcze młota nie miałem siły utrzymać, ale już miechem poruszałem, żeby powietrzem dmuchać do paleniska, gdzie grzało się żelazo. On wyjmował to gorące żelazo i kuł, a ten dzwon kutego żelaza był dla mnie piękniejszy od dzwonu w cerkwi, to był dla mnie dzwon życia. Słuchając go, budowałem się psychicznie, moralnie.

– Patrzyłem na jego ręce, żylaste, wytarte, i na to, z jakim zapałem pracuje. Fascynowało mnie, jak on to robi, że takie twarde żelazo modeluje jak ciasto w różne formy. Wracałem z tej kuźni umorusany jak cygańskie dziecko, ku niezadowoleniu babci, której nie podobał się mój zapał do tego zajęcia. A ja nawet jak stałem nad Narwią i łowiłem ryby, to słuchałem dźwięku młota i po rytmie kucia umiałem określić, jaką rzecz kowal wyrabia. Potem zachodziłem do kuźni i mówiłem: „Panie Mitrofanie, pan dzisiaj zrobił cztery podkowy i coś małego, jakby nożyk”. On patrzył na mnie ze zdziwieniem i mówił: „O, jesteś wróżbitą! Oczywiście że cztery podkowy!”. Niestety nie było mi dane zostać kowalem. Mitrofan szybko umarł i nie było już kuźni w Kaniukach.

Dopiero słuchając opowieści pana Włodzimierza, zaczynam rozumieć jego twórczość. Przed oczami przesuwają mi się żywe, plastyczne obrazy zbudowane ze wspomnień dawnych ludzi i życia na wsi, jaka odeszła bezpowrotnie. Rzeźby stojące wokół mnie nagle zaczynają ożywać i przemawiać językiem, na który jeszcze przed chwilą byłam głucha. Na przykład ten flisak na tratwie patrzy na mnie szerokimi, wyrazistymi oczami, z wysiłkiem odpychając się kijem od dna. Koszula przewiązana w pasie sznurkiem, długa broda, na nogach pepegi.

Albo ten rybak trzymający w rękach dzisiejszy połów – wielką rybę. Uśmiecha się, w oczach ma radość. Albo ten chłop spożywający w skupieniu i z namaszczeniem posiłek z dwojaków, które przyniosła mu na pole troskliwa żona. Albo ten piwosz opierający się w zadumie na beczce. Wszyscy oni wyłaniają się z przeszłości niby duchy, którym dano drugie życie – utrwalone w drewnie na wieki.

Uwagę przykuwają twarze. Poorane głębokimi zmarszczkami, niesymetryczne, niektóre mają wykrzywione jedno oko lub usta, jak ta wędrowna wróżka z kijem. Zapewne właśnie tak wyglądały kiedyś ich pierwowzory. Nie są upiększane na siłę. Odmalowują się na nich ciężka praca i surowe życie. Matki trzymające dzieci na rękach to nie uśmiechnięte kobiety z reklam. Nie są ładne. Mają przymknięte oczy i pochylone głowy, jakby odpoczywały. Opierają zmęczone twarze na główkach swych śpiących dzieci, które obejmują ramionami z taką czułością. Są prawdziwe. Ta prawda jest pięknem i siłą rzeźb Naumiuka.

Na zakończenie rozmowy dostałam piękny album wydany z okazji tegorocznej wystawy rzeźb artysty w Centrum imienia Ludwika Zamenhoffa w Białymstoku. Fotografie rzeźb wydrukowane na pięknym papierze, zostały okraszone poezją Jana Leończuka:

„Wieś niepowrotna. Odeszła, łez nie wycierając. Stanęła na pagórku, aby wzrokiem utulić utrudzenie życia. Zegnały ją oczodoły okien, oślepłych i drzwi głuchych. A niebem spłynęły te same obłoki co dawniej, w miodnych dniach żniwowania. Ot, odeszło życie, zbutwiały wspomnienia, pieśni niemotą zdjęte odeszły w niepamięć.

Tylko dłuto Włodzimierzowe wędrowało ku zapamiętanym przestrzeniom. W jego domu przysiadali na ławie, obok kufra, dawni sąsiedzi, dziewczęta pachnące latem, chlebowe baby i cisza. Bo język przywołujący dawne opowieści tkwił w odpoczywającym sierpie, w znużonych żarnach. W kołysce zakwiliło życie i potoczyło się w dziecięcej swawoli, ku rzece, aby zapamiętać życiodajny nurt.

Włodzimierzowe tęsknoty i nadzieje pozostaną w szuwarach nadnarwiańskich. Szukają w nich niezamarłego trwania.

Jak sen życia.”

Metryczka:

Podziel się:  

Oceń artykuł:
  Aktualna ocena: 3,2 (głosów: 1214)

Komentarze (0):

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować!

Powiązane lokalizacje

Galeria

Nadnarwiański świat rzeźby Włodzimierza Naumiuka
Nadnarwiański świat rzeźby Włodzimierza Naumiuka
Nadnarwiański świat rzeźby Włodzimierza Naumiuka

Mapa

Zaloguj się przez Facebook
Connect to your Facebook Account
Logowanie



rejestracja
zapomniałem hasła

Newsletter